Pierwsza setka – relacja z VII Ultramaratonu Magurskiego

VII Ultramaraton Magurski – 14.08.2021

To był mój drugi udział w tej imprezie. W tamtym roku 65+ poszło całkiem dobrze dlatego teraz chciałem spróbować czegoś więcej. Dystans 105+ brzmiał najsensowniej w obliczu październikowego wyzwania jakim jest ŁUT 150. Co prawda do tej pory mój najdłuższy dystans to ~85km na Rzeźniku, a przez ostatnie 2,5 miesiące bardzo mało trenowałem, ale jak już się zapisałem to nie potrafiłem odpuścić sobie tego startu. Żądny przygody pojechałem z nastawieniem „choćbym miał iść od 30-tego kilometra, to spróbuje”.

Tym razem noc przed biegiem spędziłem w domu i do Krempnej wybrałem się w dzień startu. Z domu musiałem wyjechać o 2-giej, ale i tak zdążyłem przespać się prawie 4 godziny – jest OK! Docieramy razem z mega doświadczonym ultrasem Staszkiem około 4-tej rano, więc mamy dużo czasu na przygotowanie. Strefa startu i mety w nowym miejscu nad zaporą, zdecydowanie na plus. Czas szybko mija i na wschodzie robi się coraz jaśniej.

Szybka wizyta w toalecie niestety niekompletna i idziemy na start. 10, 9, 8 … 2, 1, biegniemy!
Świadomy braku formy zacząłem bardzo spokojnie gdzieś w środku stawki i starałem się nie wyprzedzać. Wystartowaliśmy o 5-tej więc wschód słońca wypadł na pierwsze kilometry gdzieś w lesie. Pierwsze 18 km zajęło mi 2 h, tak że tempo było wolne, a mimo to już nie czułem się zbyt świeżo. Wtedy zrozumiem że nóg nie oszukam i jeśli nie ma treningu to nie ma co liczyć na dobry czy chociaż łatwy bieg. Na tym etapie biegu przypomniał o sobie brak pełnej toalety rano, więc zaraz za Kolaninem musiałem iść na chwilkę w krzaki. Na 23 km w Bartnem był pierwszy punkt odżywczy, obsługiwany przez ekipę Biegu Rzeźnika. Dobrze zaopatrzony w różne przekąski, w sumie jak każdy kolejny. Zjadłem trochę owoców, żelki, pomidory z amfetaminą solą, a do picia izotonik i coca-cola. Od początku starałem się dużo jeść i pić, dlatego do tego momentu wypiłem też prawie całe 0,5 l wody.

Ten etap biegu był najbardziej górzysty względem reszty trasy. Ta myśl + to że kolejny punkt już za 10 km dodały mi otuchy. Chwilę po opuszczeniu punktu zacząłem czuć się coraz lepiej i dobrze mi się biegło. Trasa była teraz mało wymagająca. Zaczęły pojawiać się przejścia przez rzeki, co za każdym razem wykorzystywałem do chłodzenia się. Słońce schowane gdzieś za chmurami nie przeszkadzało aż tak bardzo.

Coraz bardziej cieszę się tym biegiem i widokami. Szybko docieram do 32 km gdzie jest kolejny punkt odżywczy z ekipą Ducha Pogórza. Jem to samo co wcześniej i szybko ruszam dalej. Przez kilka kolejnych kilometrów przypominają mi się obrazki z zeszłego roku, kiedy to czułem się znacznie gorzej niż teraz. Co prawda wtedy słońce mocno grzało i miałem w nogach 10km więcej, ale sam fakt lepszego samopoczucia, znacznie poprawił humor i odciągał myśli od zmęczenia i świadomości braku formy.

Dobiegam do granicy. Tutaj szlak znacznie się zmienia. Teraz zamiast szutrowej drogi mamy wąską ścieżkę. Czasem w lesie, a czasem przez jakąś łąkę. Piękne dzikie miejsce. Zbliżam się do 40-stego kilometra i zaczyna brakować mi sił. Z drugiej strony znajduje jeżyny i zatrzymuję się chwilę przy nich. Taki naturalny punkt zawsze poprawia mi samopoczucie. Od tego momentu robi się ciężko i zdaję sobie sprawę z tego, że to jest ta pierwsza granica zmęczenia, z której nie ma powrotu. Jednym słowem już nie będzie lekko. W końcu dobiegam do asfaltówki, która przecina las prostopadle. Tutaj odbijamy kilkaset metrów od szlaku, żeby dobieg na parking, gdzie znajduje się kolejny punkt odżywczy. Ekipa Love Las-u robi super robotę i motywuje do walki. Nie napawa mnie optymizmem to że dopiero co przekroczyłem maraton, a mięśnie już bolą i biegnie się naprawdę ciężko.

Po 3 może 5-ciu minutach wyruszyłem z punktu i cały asfaltowy odcinek z powrotem do szlaku przeszedłem, kończąc jeść owoce i pić coca-colę. Zaczyna doganiać mnie pierwsza kobieta i automatycznie pojawia się głupia myśl, żeby uciekać… mimo że miało być spokojnie. Teraz to jej obecność 50m za mną, najbardziej motywuje mnie do biegu. No to przyśpieszamy. Te kilometry po granicy zaczynają mi się dłużyć, chociaż szlak jest na prawdę fajny. W końcu docieram do skrzyżowania szlaków i biegniemy w dół do Ożennej.

Na zbiegu czuje już mocny ból mięśni. Zaczyna mnie to trochę przerażać bo jest dopiero 55-ty km. Na dole kawałek szutrowej drogi a potem zaczyna się asfalt. Dużo asfaltu, ale w pięknym miejscu. Po tym dreptaniu po krzakach to całkiem miła odmiana. Teraz biegniemy zielonym szlakiem prostu na północ do Krempnej na strefę startu/mety. Odwracam się, robię zdjęcia i obserwuje czy daleko za mną jest ta kobieta. Niby jest jeszcze trochę przewagi, ale trzeba biec. Wbiegamy na górę i znowu lekko w dół, potem skręcamy z asfaltu na ścieżkę w las i tutaj niespodzianka. Niezapowiedziany punkt z wodą 🙂 Napiłem się kubek i lecę dalej. Wiem że do dużego punktu mam już niedaleko, więc nie uzupełniam softflasków. Z resztą, słyszę że ta „baba” mnie dogania… Po co mi to uciekanie… przecież bolą mnie nogi xD Przyśpieszam i pokonuję ostatnią górkę przed zbiegiem do Krempnej. Przepiękny miejsce.

Z powrotem wbiegamy na asfalt i zaczynam odliczać kilometry do bufetu. Tym razem droga dłuży mi się i myślę tylko o chwilowym odpoczynku na mecie. Oczywiście chodzi o strefę mety a nie moją metę. Na tym biegu zawodnicy z 65 i 105 startują i biegną razem pierwszą pętlę. Na mecie mogą zdecydować czy zostają z piwkiem i medalem, czy kontynuują bieg. Ja tą decyzję podjąłem znacznie wcześniej i nawet nie dopuszczałem do głowy myśli o pozostaniu. Oczywiście ona wracała jak bumerang, ale do odpuszczenia mogła zmusić mnie tylko kontuzja, co dzięki Bogu się nie stało. Na bufecie MEGA miła i opiekuńcza obsługa. Było tak fajnie, że ciężko było się stamtąd ruszyć. Posiedziałem 15 minut, zjadłem leczo, wypiłem pół kubka kawy i dostałem spray na bolące nogi. Dzięki niemu cudowne uczucie chłodu towarzyszyło mi przez kolejne kilometry. W końcu dojrzałem do decyzji żeby wyruszyć. Dziewczyny robiły na prawdę świetną robotę i na koniec jeszcze raz dostałem sprayem po obolałych mięśniach.

Wyszedłem na drugą pętlę, tym razem poprowadzoną po trasie biegu 45+. Wyszedłem i idę. Po płaskim asfalcie. I nie mogę biec… jest grubo :/ Pierwsze 5 km przeszedłem nawet nie szybkim marszem, bo nie mogłem biec dłużej niż 200m. Co jakiś czas zmuszałem się do próby podjęcia wysiłku, ale nie mogłem z powrotem przyzwyczaić się do tego natężenia bólu mięśni. Jednak 15-sto minutowa przerwa zrobiła swoje… Po godzinie od opuszczenia startu/mety wdrapałem się na górę Kamień i zaczął się zbieg. Problem w tym, że zbyt stromy, żebym mógł zbiegać w tym momencie xD Dopiero przy wyjściu z lasu jakoś rozpędziłem nogi i przebiegłem dłuższy kawałek.

Zacząłem zbiegać do Kątów. Piękne krajobrazy rozciągały się po obu stronach grzbietu. Przypomniałem sobie, że przy szlaku jest sklep, a ja tak bardzo chciałbym się napić zimnego radlera. Szkoda tylko, że nie mam nawet 5 zł przy sobie. Słońce grzeje już konkretnie a na mnie czeka odsłonięte podejście na Grzywacką Górę. Tuptam sobie na dół, rozmyślam o tym piwku i nagle z krzaków wyłania się fotograf 😀 Wymieniamy kilka zdań i przychodzi mi do głowy „niesamowity plan” – „Kierowniku dej 5zł na radlera”. Dał z uśmiechem, za co jestem Mu bardzo wdzięczny 🙂 Wbiegłem do sklepu i prosto do lodówki
– Po ile są te radlery?
– Te w puszcze po 5,40
– ……… a te w butelce na miejscu? – pytam niepewnie
– 3,70
ufff…. udało się. Za pozostałe złoty trzydzieści kupiłem jeszcze 0,7 mineralnej na zapas. Idealnie! teraz mogę atakować Grzywacką!

Po tym piwku, jedzenie w żołądku zaczyna się układać. To leczo już się nie odbija (było bardzo dobre, ale żołądek bolał mnie cały dzień). Podchodzę mozolnie do góry. Wyprzedza mnie jakiś zawodnik i ostro napiera z kijami. Idę dalej swoim tempem i zrywam jeszcze małe, kwaśne jabłko z drzewa. Super odmiana po tych wszystkich cukrach. Wychodzę na górę i mija mnie kolejna osoba. Coś zagaduje, próbuje mnie ciągnąć, ale nie mam siły. Widać że jest znacznie świeższy i nie mam szans dorównać mu tempa. Na szczycie żołądek trochę odpuszcza i zaczynam biec coraz dłuższe kawałki. Szlak robi się bardzo przyjemny. Lekkie podbiegi i zbiegi pozwalają trzymać dużo lepsze tempo niż na początku tej pętli. To nie znaczy że jest szybko, po chwili dogania mnie pierwsza kobieta na tym dystansie. Ta przed którą uciekałem wygrała 65-tkę. Wymieniamy może ze 2 zdania i dzielę się z nią wodą. Ja mam zapas, a jej się skończyła. W sumie i tak punkt będzie za jakieś 4km, ale lepiej mieć niż nie mieć.

Tasuję się z nią co chwilę i na zbiegu lekko odchodzę. Wbiegamy na asfalt w Chyrowej i nie mam już siły. Podchodzę najmniejsze podbiegi. Szybko mnie dogania i wyprzedza, kolejny raz zobaczymy się już na mecie. Na 87km znajdował się punkt odżywczy prowadzony przez ludzi z Ultra Janosika. Fajna ekipa proponuje alkohol, ale nie chcę, moje mięśnie potrzebują dobrej regeneracji, a ja mam jeszcze 2 dychy do mety. Jem owoce, piję kubek rosołu i szybko ruszam na pętle 6km. Zaraz znowu wrócę na ten punkt.

Teraz biegniemy czerwonym szlakiem GSB po głównej drodze. Po chwili skręcamy w szutrówkę w las i wychodzimy na piękne łąki. Kocham takie przestrzenie. Następnie zbieg i ups… szybki skręt pod drzewo na kolejną dwójkę… Wracam na trasę i nie mogę zbiegać nawet prostych zbiegów. Ból mięśni jest już za duży. Schodzę wolno z góry a czasem coś podbiegam. W końcu wracam na punkt, szybki uzupełnienie płynów i w drogę, na ostatnie kilkanaście kilometrów. Na zbiegu mija mnie kolejna kobieta. Też w dużo lepszym stanie niż ja więc nie próbuję się jej trzymać.

Robi się wieczór, przychodzą chmury i jest pięknie. Słońce już nie grzeje, ale jest ciepło. Krajobrazy przecudne. W głowie radość że zaraz pęknie setka, tylko te nogi jakby jeszcze mogły biegać. Trasa prowadzi do Myscowej bardzo łagodną, asfaltowo – szutrową drogą. Nagle uświadamiam sobie że nogi jakby odpuściły i mogę biec i to nawet po 6 minut na kilometr! Normalnie to tempo truchtu, ale tutaj cieszy. Skręcamy na kolejną szutrówkę prowadzącą do pól i odliczam 98, 99, STO! Idę pod górę i świętuję setny kilometr przez zjedzenie batonika BA! 🙂 Dobry jest, ale ciężko się gryzie bez śliny, więc każdy mały kawałek zapijam wodą. Chcę go zjeść teraz póki w brzuchu jest ok, a do mety została dycha. Na tym etapie już wiedziałem że łącznie będzie ~110 km.

Schodzę w dół i widzę że na przeciwległej górze na otwartej przestrzeni pasie się stado koni. Ehh… ten piękny, dziki Beskid. Ścieżka na łące zamienia się w szuter, a potem w asfalt i oto jestem na dole w Polanach na drodze głównej. W oddali słychać grzmoty i chmury trochę się piętrzą. Słońce jest nisko i chowa się za nimi. Biegnę i maszeruję na zmianę. Mniej więcej 300-400m biegu na 100-200m marszu. Obok jednego domu bardzo miła niespodzianka. Kibicowski punkt z wodą. Chłopak polewa mi wodę do kubka. Co prawda mam jeszcze co pić, ale to bardzo miłe i aż żal nie skorzystać. Przede wszystkim odciąg myśli od monotonii tej drogi.

Nogi coraz bardziej bolą a ja mam ten ból coraz bardziej „gdzieś”. Po prostu chcę żeby to się już skończyło. Ostatnie kilometry lecą powoli ale lecą. W końcu wbiegam szczęśliwy na metę. Witają mnie wolontariusze i kibice pod parasolkami. Tam już trwa impreza, czas do niej dołączyć.

W sumie wyszło 110km w niecałe 15 godzin. miejsce 6-te na nie wiem ilu zawodników. Ten dystans ukończyło 25-ciu, ale czas i miejsce tym razem się nie liczy. Jest satysfakcja z ukończenia i ważna lekcja na przyszłość, że można biegać ultra bez treningu. Kto by się spodziewał…

Na koniec wrzucam jeszcze film z dystansu 45+, na którym widać trochę fajnych widoków z tej drugiej pętli.