Na nogach w Bieszczady – prolog

Spis treści

Są pewne rzeczy, które sprawiają, że bardzo szybko zaczynam się na nie nakręcać. Jakiś ciekawy szlak, bieg, szczyt…

Przez to czasem dziwne pomysły przychodzą mi do głowy. O większości zapominam lub zostawiam na jakąś nieokreśloną przyszłość. Jednak zdarzają się też takie, których nie mogę się pozbyć i dojrzewają w mojej głowie nawet przez lata, żeby w końcu je zrealizować. Kiedy w 2017 roku przeszedłem połowę Głównego Szlaku Beskidzkiego(GSB), wiedziałem że na pewno kiedyś przejdę całość.

W 2018 nie chciałem robić tego po prostu z rozpędu, żeby go tylko zaliczyć. Z resztą, nie było na to czasu. Myślałem że uda mi się to schować spokojnie z tyłu głowy. Jednak kiedy dotarło do mnie we wrześniu, że nigdzie nie byłem na dłużej w krzakach, marzenie wróciło ze zdwojoną siłą. Ale było już za późno żeby je zrealizować.

Nie wiem kiedy, ale gdzieś w zimie postanowiłem, że znowu chcę pójść na taką, małą wyprawę. Planem oczywiście cały czas było GSB od Ustronia do Wołosatego. Robiło się ciepło i termin wyprawy się zbliżał, a ja widziałem jak wiele różnych rzeczy nakłada się na siebie i przygoda może nie wypalić też w tym roku. Na przełomie maja/czerwca pojawiła się nowa przeszkoda, której się nie spodziewałem. Nowa praca. Niewątpliwie to był najmocniejszy impuls, żeby ruszyć tyłek i nie przekładać wyjścia dłużej. Problem był tylko w tym, że nie miałem dwóch wolnych tygodni, których potrzebowałbym na przejście całych polskich Beskidów.

Przeszukując zakładki w przeglądarce, szukałem czegoś co może zastąpić to marzenie. Najważniejsze kryterium wyboru to czas: maksymalnie 6 dni. Nic mi nie pasowało bo albo szlaki zdecydowanie za duże, albo za małe. I wtedy moje myśli zaczęły ewoluować w całkiem inną stronę.

„A może olać szlaki i iść własną drogą? Przecież zawsze chciałem zobaczyć jak to jest włóczyć się przez lasy i góry i iść tam gdzie prowadzą mnie oczy a nie mapa…”

Wizja takiej wyprawy była na tyle kusząca że nie mogłem się jej pozbyć. Z drugiej strony żal mi było chodzić tydzień po bezdrożach z plecakiem i nawet nie zobaczyć ukochanych Bieszczad.

  BINGO!!! Idę na nogach w Bieszczady!