Na nogach w Bieszczady – Dzień III

Spis treści

13.06.2019 – Dzień III

Dzień zaczął się pięknie. Cudowna pogoda i mocna kawa szybko postawiły mnie na nogi, mimo przerywanego przez komary snu. Przez te 2 dni wyszło całkiem spoko kilometrów, więc dziś od rana trochę czuję nogi, ale wiem, że jak tylko się rozchodzę to będzie git.

Idę przez las. Szlak w tym miejscu jest całkiem dobry jak na „niebieskie standardy”. Schodzę w dół i przecinam drogę tylko po to, żeby zaraz znowu wejść na kolejne wzgórze. Jest godzina 8:30 ale słońce już pokazuje, że dziś na pewno nie zmarznę… Jestem trochę odwodniony, mimo tego że pije całkiem sporo i przy każdej okazji. Zdobywam kolejną górę i widzę że kolejne podejście już nie będzie takie szybkie. Przede mną rozciąga się piękny widok na wielki dział z wyciągiem na Kamienną Lawortę, za którym schowały się Ustrzyki Dolne. Cieszy mnie ten widok, bo oznacza to, że góry Sanocko-Turczańskie przejmują władzę i żegnam pogórze Przemyskie na dobre. Geograficznie te granice może są inne, ale po wybitności szczytów i stromiznach na podejściach szybko można odczuć, że jest się w innej krainie.

Zdobywam Lawortę, cykam kilka fotek i pędzę w dół do Ustrzyk na obiad. Zanim docieram do miasta nadarzyła się okazja na szybką kąpiel. Szkoda nie wykorzystać takiej okazji, tym bardziej że zaraz dotrę do cywilizacji xD

Czas na dobry obiadek. Przed nim oczywiście radler. Nigdy ich tyle nie piłem, ale teraz nie widzę lepszego sposobu żeby się nawodnić. Zimne, słodkie, dobre, mniam…. Przed wyjściem w dzicz trzeba jeszcze uzupełnić zapasy w jakimś sklepie i lecimy dalej. Nie wiem czy to efekt zmęczenia, odwodnienia, czy czegoś innego, ale to co tego dnia robiło słońce to gruba przesada. Chyba trafiłem w najcieplejszy tydzień tego roku. W sumie to ciekawe doświadczenie takiego smażenia się. No i nigdy nie byłem tak mocno opalony, nawet po 2 tygodniach w Izraelu.

Pierwsze podejście z Ustrzyk Dolnych i uświadamiam sobie, że łatwo już nie będzie. Wypoczęty wchodzę dość szybko na górę. Tylko przecinam grzbiet i schodzę do Równi. Następne podejście do hardcore. Najwyższe Bieszczady nie powstydziłyby się takiej stromizny. Słońce wytapia ze mnie co tylko może. Czuję że zabawa się zaczyna, ale po to tu przyjechałem, tego właśnie szukałem. Napieram pod górę jak dziki. Wiem że tak nie jest, ale mam wrażenie, że im jest bardziej stromo, tym szybciej idę. Trochę to zakrawa na autodestrukcję, ale jak tylko poczuję endorfiny to chcę je maksymalnie wykorzystać. Wiem że jak tylko się skończą to zostanie samo zmęczenie i ból mięśni.

Grzbiet na która wchodzę, był moim marzeniem. Ile razy jechałem w Bieszczady z tej strony Soliny, zawsze myślałem o tym, że fajnie byłoby pochodzić po nim kiedyś. Bardzo wybija się względem dolin i ma koło 12km długości. Nawet Otryt jest krótszy. Na górze leci szeroka szutrówka, ale nie można dać się zmylić. To jest wredny niebieski szlak, więc jak tylko skręciłem w dół i zacząłem schodzić do Daszówki, pojawiły się ostre krzaki. Wąska ścieżka była prawie całkiem zarośnięta przez ostrężyny. Na szczęście po kilkuset metrach mijam je i znowu robi się przyjemnie.

W Teleśnicy Oszwarowej blisko szlaku wchodzę jeszcze do sklepu. Kolejny fajny sklepik z klimatem i lokalnymi „problemami”. Zrobiłem już dziś 30km, więc nie muszę się śpieszyć. Przede mną jakieś 11km do Polany, na południowym końcu Soliny. Później zaczyna się wejście na Otryt, gdzie może być ciężko ze znalezieniem noclegu. Chata Socjologa jest na samym końcu grzbietu, więc na pewno dziś tam nie dotrę. W domu podczas planowania noclegów, myślałem właśnie o Polanie, więc nie śpiesząc się specjalnie, odpocząłem przy sklepiku.

Kolejne 11km to łatwy szlak, z pięknymi widokami, szkoda tylko że z tej strony lasu. Wiem że z drugiej strony rozciąga się piękna panorama na Solinę. W tych lasach pierwszy raz oprócz śladów niedźwiedzi spotykam również tak wyraźne ślady wilków. Idę powoli jak na moje normalne tempo. Zmęczenie wychodzi ze mnie dużo wcześniej niż w poprzednich dniach, pewnie przez to słoneczko… Dziś w sumie wyjdzie koło 10km mniej niż wczoraj, więc nie przejmuję się tym specjalnie. Schodzę w dół patrząc na Otryt, który będę zdobywał jutro na śniadanie.

W dolinie zaczynam rozglądać się za miejscem do spania. Dziś pewnie czeka mnie noc tylko pod tarpem. Dochodzę do wsi i nie znajduje żadnego miejsca które dawałoby ciszę i spokój w nocy. W sumie nie jest jeszcze jakoś bardzo późno, to też nie mam ciśnienia żeby kłaść się gdziekolwiek na szybko. Wiem, że jak teraz nic nie znajdę to zacznę wchodzić do góry i tam pójdę gdzieś w krzaki. Nie pasuje mi tylko to, że w przy takim wariancie, jeszcze dziś muszę znaleźć sklep, żeby mieć jedzenie na jutro. Kolejna szansa na uzupełnienie zapasów jest najwcześniej za jakieś 15km.

Idę główną drogą i nagle po prawej stronie z zarośli i drzew wyłania się coś ciekawego. Opuszczony budynek z otwartymi drzwiami, które zapraszają wędrowców do środka. Porozglądałem się tylko czy nikt mnie nie widzi i wchodzę do niego. Na dole znajduje się duże pomieszczenie z przewróconą lodówką na napoje. Trochę głębiej kuchnia z zamrażarkami. Chyba musiała tu być kiedyś jakaś restauracja. Wchodzę po skrzypiących schodach do góry. Budynek ma jeszcze 2 piętra. Na tych wyższych jest dużo małych pokoi, pewnie dla gości. W każdym jest pełno mebli i innych rzeczy zostawionych na podłodze. Rozglądam się za pustymi butelkami po jakimś alkoholu. To mogło by oznaczać że ktoś tu mieszka, ale nie znajduję nic „świeżego”. W pokojach są stare łóżka ze zniszczonymi materacami. Wszędzie jest brudno i nie wiem jakie zwierzęta tu mieszkają, ale postanowiłem tu przenocować. Położyłem na podłodze kilka małych materacy i rozścieliłem na nich tarp, żeby bezpośrednio nie kłaść na nich śpiwora. W środku było ciemniej niż na zewnątrz, więc zjadłem kolację, ogarnąłem stopy i poszedłem spać dużo szybciej niż w poprzednich dniach.