Spis treści
12 .06.2019 – Dzień II
W nocy kilka razy budziły mnie jakieś żaby, bo strasznie rechotały, ale ogólnie wyspałem się dobrze. Mocna kawa, małe śniadanie i w drogę. Wróciłem na niebieski szlak, który teraz leci po drodze zrywkowej. Bałem się że po wczorajszej burzy i deszczach będzie więcej błota, ale jest ok. Odkąd wyszedłem z domu maszeruję na wschód w stronę Przemyśla. To jedyna opcja żeby cały czas iść przez lasy pogórza. Wyszedłem na górę i jak to bywa na mało uczęszczanych szlakach, droga się skończyła.

Kontynuuję więc marsz na przełaj, szukając znaków na drzewach i śladów po starej drodze. Chwilami jest lepiej, chwilami gorzej, ale na tym odcinku gubię się tylko 2 razy 🙂 Wychodzę z lasu i przede mną rozciąga się wielka łąka. Pamiętając co się działo z moimi stopami kiedy szedłem połówkę GSB, zdjąłem buty i szedłem na bosaka. Zrobiło się dość ciepło, więc usiadłem pod cieniem drzewa na mały pit-stop. Przy okazji zjadłem drugi śniadanie i nasmarowałem stopu cudokremem. Poleżałem jeszcze chwilę na trawie obserwując jak lis na coś poluje. Dobrze mi zrobiła ta krótka przerwa, ale nie ma co tracić czasu. Dziś mam jeszcze sporo do przejścia.



Wchodzę z powrotem w las i po chwili znajduję się na szerokiej szutrowej drodze. Taki luksus trzeba docenić. Od Dynowa podążam niebieskim szlakiem, ale w tym miejscu decyduję się skręcić na południe. Nie będę schodził do Sufczyna, bo później musiałbym długo maszerować asfaltem. Dlatego odbijam w stronę Birczy i idę na azymut przez las. Opuszczam ten szlak na parę godzin, ale wiem że dziś na niego wrócę. Gdybym chciał cały czas trzymać się „niebieskiego”, musiałbym mieć przynajmniej dzień więcej, żeby dojść aż do Przemyśla i dopiero później kierować się na południe.
Jeszcze przed Birczą zaliczyłem kąpiel w rzecze i przy okazji zrobiłem pranie. Czułem że słońce niemiłosiernie grzeje, dobrze że nie wiedziałem ile jest stopni bo bym stracił morale 😉
W Birczy wchodzę do pierwszej napotkanej restauracji i najpierw ratuję się zimnym Radlerem… Potem ładowanie telefonu, obiad i lecimy dalej. Jak tylko wyszedłem z klimatyzowanego pomieszczenia, poczułem że to nie będzie łatwy dzień. Straszny upał się zrobił, choć na horyzoncie pojawiają się jakieś chmurki.
W końcu robi się całkiem dziko
Przed wyruszeniem w trasę wpadam jeszcze po prowiant do sklepu i w górę! Z Birczy do Sanoka leci czerwony szlak. Początek to całkiem spory kawał asfaltu, dobrze że chociaż przez las. Tempo mam dobre na tym odcinku, ale smażę się jak na patelni. Nad Sanokiem widać mocno piętrzące się chmury, a po chwili nie tylko widać, ale i słychać. Sprawdzam więc burze.dzis.net i wszystko jasne… Trzeba cisnąć jeszcze mocniej i przygotować pałatkę. Zszedłem z czerwonego szlaku na zielony, który jest łącznikiem z powrotem do niebieskiego. Na początku całkiem przyjemna droga, szybko zamienia się po prostu w łąkę bez żadnej ścieżki, gdzie idąc na azymut wchodzi się na jednostkę wojskowa.
Dookoła wszędzie rozciągają się ogromne połacie dzikiego lasu. W końcu stąd do Arłamowa jest całkiem niedaleko. Zszedłem do Łomnej i cały czas rozglądałem się z której strony dotrze do mnie burza. Pioruny uderzają ze wszystkich stron, ale nie bliżej niż 5km ode mnie, więc na mnie jeszcze nie pada. Znowu szedłem asfaltem, tym razem przez opuszczone wsie. Tzn. nie widać żadnych zabudowań, ale przed „Akcją Wisła” tętniło tu życie. Teraz to tylko dziurawa droga znikąd – donikąd. Dotarłem do Grąziowej i miałem zacząć wchodzić na Kiczerę, ale widok błyskawic zaraz za grzbietem, zniechęcił mnie trochę do tego wariantu. Postanowiłem więc kontynuować wędrówkę doliną.
W ciągu 15 minut chmury rozeszły się na chwilę i słońce przypomniało, że to był ten dzień, w którym miałem dostać dawkę witaminy „D” na cały rok (o ile można ją jakoś zmagazynować). Strasznie mnie ten upał sponiewierał. jakieś 2km przed dojściem do niebieskiego szlaku usiadłem w cieniu na drodze i odpoczywałem przed dłuższa chwilę. Przy okazji uzupełniłem kalorie i kolejna porcja Sudocremu na stopy. Dzięki Bogu trzymają się bardzo dobrze. Przede mną ostatnia góra tego dnia, a przynajmniej tak myślałem. Wszedłem na grzbiet po którym biegła szutrowa droga. Zaczęło coś lekko kropić więc, żeby ochronić aparat ubrałem pałatkę, która miałem w pogotowiu.
Godzinę później przestało padać. Wyszedłem z lasu i patrzyłem na panoramę Jureczkowej, w której planowałem nocleg tego dnia. Zrobiła się piękna pogoda, a że miałem dużo czasu do zachodu, poszedłem do miejscowego sklepiku, który znajdowałem się jakieś 1,5km od szlaku. Idąc wsią, droga strasznie mi się dłużyła. Słońce wyssało ze mnie energię, a nogi też chciały już odpocząć. W sumie nic dziwnego, bo przez te 2 dni zrobiłem około 100km. Lubię takie małe sklepiki na „zadupiach”, mają swój charakterystyczny klimat 🙂 Miła pani ekspedientka + stali bywalcy pijący „izotoniki” to może nie jest coś z czego warto brać przykład, ale jak tu nie wypić piwa w takie gorąco. Posiedziałem z nimi chwilę na ławce, zjadłem loda, wypiłem radlera i czas ruszać, bo przecież muszę ogarnąć nocleg przed nocą.

Idąc drogą do szlaku zobaczyłem opuszczony dom, który wyglądał jakby był porzucony jeszcze w trakcie budowy. Pomyślałem sobie, że jeśli nic nie znajdę do spania to tam wrócę, bo przynajmniej będę miał dach nad głową. Czasem sam siebie próbuje oszukać w ten sposób, żeby iść dalej i nie zostać. Dobrze wiedziałem, że nawet jakbym nic nie znalazł to i tak nie będzie mi się chciało tutaj wrócić.

Zacząłem wspinać się powoli do góry, szukając odpowiedniego miejsca na rozbicie tarpa. Im wyżej wychodziłem tym uważniej rozglądałem się za jakąś amboną. Komary nie dawały mi się zatrzymać ani na chwilkę. W pewnym momencie zobaczyłem schowany w krzakach barak. Zamek był rozwalony i zajrzałem do środka z nadzieją że znalazłem jeszcze lepsze miejsce niż się spodziewałem. Co prawda była tam jakaś kanapa, ale porozbijane szkła w połączeniu z watą szklaną i smrodem mysz, skutecznie zniechęciły mnie do zostania w tym miejscu. Przejrzałem szybko mapę, żeby zobaczyć czy są tu w ogóle ambony i okazało się że na samej górze pod lasem jest coś ciekawego, co wyglądało na całkiem solidną wiatę.

Słońce już prawie zachodziło więc pognałem w to miejsce. Kiedy tam dotarłem, trochę się zdziwiłem. Wiata co prawda była, ale nie spodziewałem się, że zastanę ją w takim stanie. Konstrukcja zawaliła się od strony wejściowej, lecz całość wciąż była bardzo stabilna. Obejrzałem obiekt z każdej strony i stwierdziłem, że w sumie to nawet lepiej, że jest w takim stanie 😀 Przecież jeśli coś przyjdzie do mnie w nocy (czytaj – niedźwiedź) to mnie nie dostanie, EKSTRA! Przygotowałem sobie gałązki na jutrzejsze ognisko, na rano i rozłożyłem spanie na ławce. Dookoła mnie latała spora chmura komarów, więc rozłożyłem tarpa w taki sposób, że byłem zamknięty jak w namiocie. Mimo wszystko komary jakoś potrafiły przedostać się do środka i mocno utrudniały spokojny sen. Chwilę z nimi powalczyłem i nawet nie wiem kiedy odleciałem…
















