Na nogach w Bieszczady – Dzień I

Spis treści

11.06.2019 – Dzień I

Przez cały poprzedzający wyprawę tydzień zajmowałem się Lubeńskim Cross-em, więc nie miałem czasu ogarnąć potrzebny ekwipunek. Do tego w poniedziałek po biegu trzeba było pozbierać taśmy z trasy, dlatego wyruszyłem dopiero we wtorek.

Sołonka – 4km od startu

Jeszcze rano kończyłem się pakować i o 7:01 ruszyłem w stronę Sołonki. Szedłem główną drogą, żeby jak najszybciej dojść do lasu. Trochę dziwnie się czułem, idąc przez własną wieś z plecakiem(25l) i przytroczonym śpiworem oraz karimatą. Śmiać mi się chciało, kiedy mijali mnie sąsiedzi i patrzyli jakby zobaczyli imigranta. Będąc w Sołonce wykorzystałem okazję i pierwszy raz w życiu byłem na szlaku ze strachami polnymi. Taka lokalna atrakcja, której wcześniej nie było mi dane zobaczyć.

Nie czułem jakieś ekscytacji, że ruszam na wędrówkę w nieznane, chociaż z tyłu głowy wiedziałem, że będzie to ciekawie przeżycie. Może dlatego, że do „Wilczego” (15-ty km) czułem się ciągle jak w domu. Lubię ten mały szczyt. Mam do niego jakiś sentyment. Kiedyś znalazłem go na mapie i okazało się, że kolejny wyższy od niego jest dopiero przed Krosnem. Od tamtej pory stał się on moim ulubionym miejsce na długie bieganie, jazdę rowerem i takie tam…

Po 3 godzinach dotarłem na Wilcze. Zjadłem kanapkę, chwila oddechu i ruszyłem dalej w drogę. Te tereny są jeszcze znajome, więc czas leci bardzo szybko. Po przekroczeniu drogi w Konkolówce, w końcu jestem w miejscu, które widzę po raz pierwszy w życiu. Szlak prowadzi drogą zrywkową, ale słońce grzeje mocno i jest sucho. Łatwa droga szybko się kończy i zaczynają się krzaki. Taki jest urok mało uczęszczanych szlaków. Idąc staram się wypatrywać śladów po dawnej drodze. Co jakiś czas pojawiają się wyblakłe oznaczenia szlaku na drzewach. W końcu ląduje w zarośniętym potoku, otoczony chmarą komarów. Chciałem sprawdzić na GPS-ie czy daleko jestem od szlaku. Nie mogłem się jednak zatrzymać bo to bestie by mnie zjadły. Postanowiłem iść szybko na azymut, bo wiedziałem, że gdzieś tam jest droga krajowa, którą i tak zaraz będę szedł. Po 400m odnalazłem szlak i szybko przeciąłem krajówkę.

Zadowolony z pogody i że się odnalazłem, maszerowałem wąską asfaltową drogą. Po prawej stronie na horyzoncie pojawiały się coraz większe górki. Dobra droga szybko się skończyła i momentalnie wszedłem w jeszcze większe chaszcze niż wcześniej. Idąc w dół przez totalnie zapuszczoną paryje, na drodze staje mi pierwszy potok. Jest na tyle szeroki, że nie dam rady go przeskoczyć. Jestem w trasie już koło 4-5 godziny, więc wykorzystuje sytuację i biorę szybką kąpiel, bo żar leje się z nieba, a ja planuje w Dynowie zjeść obiad. Zimna woda dodaje motywacji i nowej energii, lecimy dalej!

Ale tu pięknie! Ale się pogubiłem?

Po chwili skończyły się krzaki i wyszedłem z lasu na piękną, szutrową drogę. Podążam nią kawałek zachwycając się chwilą. W końcu zorientowałem się, że nie widziałem żadnych oznaczeń już jakiś czas. Sprawdziłem w telefonie gdzie jestem i okazuje się, że muszę wrócić jakieś 500m i skręcić w las. Niby wiedziałem z mapy, że tą drogą dojdę do Łubna i potem znowu do szlaku, ale postanowiłem zawrócić. To był błąd… Przed lasem pierwszy raz widzę znak ostrzegawczy, że są tu niedźwiedzie.

Na drzewach znaki szlaku są zamalowane szarą farbą, tak jakby już nie istniał. W lesie szedłem drogą, którą pokazywał GPS. Jednak po kilku minutach przestaje ona istnieć. Znowu brodzę po pas w zieleni lecz teraz już jest za późno na kolejną zawrotkę, ehhh… Szedłem więc dalej w krótkich spodenkach przez bagna i pokrzywy, szukając jakichkolwiek śladów drogi. Oj ciężki to był kawałek. W takich chwilach można zrobić 3 rzeczy:

  1. Wrócić się do punktu wyjścia i próbować inną drogą – strata czasu i energii, ale przynajmniej wiem co mnie czeka i kiedy się to skończy,
  2. Stać i płakać – trochę słabe i raczej nie rozwiąże problemu,
  3. Skupić się na celu i napierać do przodu, no bo ten bagnisty las musi się kiedyś skończyć!

Dla mnie istnieje tylko trzecia opcja. Jak już tu wlazłem i wiem że idąc na azymut w końcu trafię tam gdzie potrzebuje, to trzeba iść dalej i koniec. Nareszcie! Wyszedłem z tego zielonego piekła i trafiłem na prostą, polną drogę, prowadzącą prosto do miejscowości. Kiedy dotarłem do Łubna, znalazłem sklep i uzupełniłem zapasy. Przede mną ostatnia górka i będę w Dynowie. Obiad już blisko! 🙂

Przeciąłem znowu główną drogę, ale zanim wszedłem w las, spotkałem starszego człowieka, który grabił siano. Był bez koszulki a słońce bardzo mocno grzało. Nigdy tego nie robię ale zagadałem do niego. Jak się dowiedział, że idę do Dynowa to mocno odradzał mi iść przez las. Mówił że droga całkiem zarośnięta itd. Po tym co dopiero przeżywałem, nie chciałem powtarzać tej rozrywki. Wskazał mi drogę obok domu sąsiadów i powiedział

Jak pójdziesz tą drogą i potem na górze skręcisz w prawo, a potem w lewo to dojdziesz do Dynowa.

Stwierdziłem, że to brzmi jak całkiem dobry pomysł i poszedłem tak jak mówił 😀
Okazało się, że to był strzał w dychę! Fajna, pola droga z widokami i bez pokrzyw po pachy!
Kiedy schodziłem z góry do Miasta, od południa zaczęły piętrzyć się ciemne chmury. Zanim doszedłem do centrum grzmiało już konkretnie. Szybko sprawdziłem co by tu można blisko zjeść i schowałem się w małej restauracji. Zanim zamówiłem obiad, burza była już centralnie nad nami. Dawno nie było takiej ulewy. Zjadłem spokojnie i poczekałem jeszcze chwilkę, aż przestanie padać. W sumie miałem 1,5h przerwy obiadowej. Za mną od rana 30km, a przede mną sam nie wiem ile jeszcze.

Inny świat za Dynowem

Od Dynowa zmieniłem kolor szlaku na niebieski( niebieski szlak graniczy z Rzeszowa do Grybowa). Deszcz jeszcze trochę mżył, ale szło się super. Wdrapałem się na pierwszą górkę, gdzie była piękna panorama z małym Dynowem na dole. Szlak szybko pokazał mi swoją dziką naturę. Szedłem polną, bardzo błotnistą drogą. Po tej burzy ciężko było omijać kałuże, które zajmowały nieraz całą szerokość. Tym bardziej, że na tym odcinku cały czas musiałem trzymać dobre tempo – inaczej komary by mnie zjadły. Wydawało mi się, że ściągam je wszystkie z całego lasu. Do tego co chwilę spotykałem tabliczki ostrzegawcze o niedźwiedziach. Tym razem jednak na znakach się nie kończyło. W świeżym błocie było sporo śladów niedźwiedzich łap.

Przeszedłem 3km w tej brei i dotarłem do szutrowej drogi. Odetchnąłem z ulgą, bo ten fragment za mną był ciężki… luknąłem na mapę i zonk. Przede mną to samo tylko 2 razy dłużej. Mimo tego chciałem iść prosto. Problem w tym, że przed chwilą przynajmniej widziałem gdzie iść, a teraz nie ma żadnej drogi, nawet ścieżki. Widzę tylko przeorane pole i przy nim krzaki. Wiedziałem że później i tak będę musiał zejść ze szlaku na dół, bo tam jest wiata w której planuję spać. Postanowiłem więc, że zejdę wcześniej. W sumie słońce było już dość nisko, a ja jeszcze miałem trochę kilometrów przed sobą.

Zszedłem szutrówką do Reszowa i skręciłem w lewo. Nie chciało mi się znowu wyciągać mapy, bo wiedziałem, że mam tak skręcić. Niestety po 30 minutach marszu droga okazała się być ślepym zaułkiem. Miałem skręcić w lewo, ale na kolejnym skrzyżowaniu po zejściu, jakieś 300m dalej 🙂 Tak czy siak, ten ukryty kawałeczek miejscowości miał niesamowity klimat. Same stare, drewniane domy, otoczone dziką przyrodą w którą ludzie nawet nie próbowali ingerować. Gdyby nie ten asfalt to można by tu kręcić jakiś film z czasów przedwojennych. Piękne miejsce, a takie „zwyczajne”.

Wróciłem na właściwą trasę. Właśnie wybiła 19-ta. Groźne chmury całkiem sobie poszły. Piękne promienie słońca dają znać, że na dziś już kończą pracę. Dzień był gorący, więc rozgrzany las cudownie paruje. W tej scenerii opuszczam cywilizację i idę wąską, asfaltową drogą przez las. Co jakiś czas mijam znaki przypominające, że jestem tu tylko gościem, a gospodarzem są miski. Nagle zza zakrętu wypada czerwony maluszek – w sensie samochód 🙂 Dawno już go nie wiedziałem, dlatego zwróciłem na niego uwagę. Robi się coraz ciemniej i trochę czuję już trudy dzisiejszego marszu. Po prawej stronie, gdzieś w zaroślach słyszę potok, ale nawet nie próbuje się do niego dostać. Za dużo pokrzyw miedzy nami.

Znowu mi pomagają 😀

Po jakichś 30 minutach od spotkania z maluchem, słyszę że teraz wraca. Podjeżdża do mnie i zatrzymuje się. W środku jest kobieta koło 50-tki i syn (może z 12 lat). Pytają gdzie idę i czy podrzucić, bo przede mną jakieś 2km do głównej drogi. Zabieram się z nimi bo już nie mogę znieść tych komarów. Podczas jazdy opowiadam im o moich planach i że chcę spać w takiej wiacie na końcu tej drogi. Zanim jednak tam dotrzemy, najpierw poprosiłem ją żeby, jeśli to możliwe, podrzuciła mnie do wsi, bo chcę znaleźć sklep. Dzięki temu nie będę musiał szukać go rano tylko od razu pójdę w trasę z prowiantem. Kobieta nie tylko zawiozła mnie do sklepu. Poczekała na mnie i zawiozła mnie z powrotem pod samą wiatę. Później powiedziała mi, że sama chciała ją w końcu zobaczyć, bo często myśliwi mają tu imprezy.

Miejsce mega wypasione! 2 budynki, 2 wiaty, w tym jedna na ognicho, podłoga do tańczenia pod dachem… normalnie jak ośrodek wypoczynkowy. Porozglądałem się po terenie, na którym stole by tu dziś spać. Zobaczyłem, że jeden budynek przy którym jest podłoga, ma bardzo duży i „odstający” dach. Okazało się że dach to olbrzymia wiata, pod którą jest drewniany kontener. Idealne miejsce do spania jakie mogłem znaleźć! Sucho, dach nad głową, bezpiecznie i cicho…. szybka mała kolacja i w kimę.